Żyjesz tym, co widzisz, wiesz…
A tu ciągle wiatr w oczy, deszcz na wyprostowane włosy, kałuże, żeby podniszczyć nowe buciki. Ziąb. Nie mogę palić, bo kostnieją mi palce. I oglądasz wiecznie rozmazany makijaż pod oczami.
I temu wiatru śmieję się w twarz. Omijam kałuże i marze, wbrew wszelkiej naturalnej kolei rzeczy marznę na ulicy kolekcjonując energię. Grałabym na pianinie gdybym umiała i miała. Póki czas na to pozwala zbieram swoją wcześniejszą niewinność, którą ze mnie zdarto i zdeptano, szykuję tron dla króla i ucztę na przyjęcie prawdy.
Sikorki niosą plotki wiosenne, ktoś nam życie razem zaplanował, uwierzysz? Ludzie za rzeką uwierzyli w miłość, kaleką, naszą, niechcianą. Wierzą w rzeczy, których nie ma, podsyłasz im Boga i oni mu pomnik stawiają, jak zachcesz. Uwierzą w co powiesz, a nie przyjmą do wieści, że można nie czuć nic i żyć. Jak my. Dla nich każdy potok i w nim kamień to piękny w słońcu powód do obdarowania miłością obcych dłoni w nim zanurzonych.
Ty widzisz co oni robią? Wszędzie są jak pożeracze. Nic się przed nimi nie uchowa, łza ani grymas przed szyderstwem, nie ma zbawienia od tej nachalnej siły, czarnej. Kim oni? Jak my zdaje się. Naprawdę, my to więc? Cały kurz i brud tej ziemi zebraliśmy w ręce i obrzucamy się nim co krok, pod nogi głazy by je wreszcie połamać i zniszczonym doszczętnie polec obok siebie, ramię w ramię i usta. Dać za wygraną słabości i zgładzić doszczętnie skrawki człowieczeństwa w sobie. Kiedyś zostaniemy sami na polu walki. Znikną oczy, w które się zapatrzyłeś i stanę przed tobą przypadkiem nad ranem taka ja lecz inna i zobaczysz, że żyłeś w błędzie.
A na mojej dłoni widnieć będzie dowód niezaprzeczalnej miłości do człowieka, w którego ręce mnie pchnąłeś.