|
Godzina 18.30, środa, najwyższa pora. Wbiegam na górę, prysznic, korek, wrzątek. Jeszcze tylko szklanka z kuchni, kartki z pokoju. Moja muzyka, nie moje zapiski. Można się delikatnie zanurzyć. Boli. Nie parzy, pali skórę. Ale czy nie jest tak zawsze na początku? Czy przynajmniej nie powinno tak być? Jak już zatopię się po czubek głowy nie boli, jest przyjemnie. Błogo. Tak jak uwielbiam. Na początku zawsze trzeba się trochę sparzyć, stopniowo stygnie i osiąga temperaturę idealną. Jeśli takowa jest już na samym początku, po czasie idzie zmarznąć, choćby nie wiem jak szerokie miał ramiona. Zaparowały okna, lustra, po płytkach ciekną wodne łezki. Biorę kartki w ręce. "...Pewnego dnia obudzisz się i jego już nie będzie w Twoim łóżku. Z pamięci powoli zacznie znikać jego podbródek, nos i kolor oczu. Zaczniesz szukać kogoś nowego rozglądając się za tymi samymi cechami. Później nie będziesz już wiedzieć, czego szukałaś. Będziesz czuć tylko bezsens i pociąg co sekundę uderzający w Twój kręgosłup. Ból będzie polegać na tym, że nigdy nie upadniesz. Zupełnie jak prometejska wątroba. Zbiegi okoliczności zaczną przeplatać się z przeznaczeniem. Zgubisz drogę..." Wszystko paruje, kartki wyginają się od wilgoci, gorący oddech chłodzą złote zimne bąbelki. Moja z nim intymna rozmowa, jego do mnie słowa, w mojej intymności. Zaprosiłam go tak dzisiaj przypadkiem. To przez Martę. Nie ważne, jak ma na imię, nie obchodzi mnie czy chciał. Jeżeli jednak się takie rzeczy gdzieś pisze, trzeba się z tym liczyć. Publiczna publikacja grozi wszystkimi możliwymi konsekwencjami. Rozpalone ramiona potraktowane zimnym oddechem, gęsia skórka. Cieknie mi pot po czole i już nie mam dłużej ochoty. Dotykam głową dna, odbijam się i wyskakuję. Ta zabawa przestała być dla mnie. Jak wszystko dotychczas. "...Nie mam od czego uciekać, a jednak zdarza się chcieć. Z drugiej strony nawet nie mam dokąd. Czyjaś obecność i ciało nie zawsze powoduje zaspokojenie. Należałoby wchodzić głębiej, ale kto to potrafi. Wszyscy wokół mówią, że świat ma wiele barw. Nigdy nie potrafiłem w to uwierzyć. Od zawsze miałem problemy z samymi skrajnościami. Czy to w sprawach ducha, czy psychiki. Wszystko wygląda tak samo. Najwidoczniej jestem towarem z dolnej półki, pełnym ubytków. Wcale mnie to nie dziwi. Taka wybredna zrzęda z ubiegłorocznej promocji, której nikt nie chce kupić. Przyklejone coraz to niższe ceny psują moje i tak już sfatygowane i wyblakłe opakowanie, dlatego nie wzbudzam już zainteresowania klientów. Przechodzi się obok mnie obojętnie, a ja coraz częściej nie mam nic do powiedzenia. Same brednie..." A ja już sobie tylko śpiewam, a może obiecuje, "change your taste in man" Ale przecież, jednocześnie, trzeba wtedy zmienić wszystko. Warto? Nienawidzę tych momentów, niekontrolowanych, jak nagła pobudka dziś rano, jak cholerne twarze i dotyk odczuwalny przez sen. Jak zazdrość, która mnie pożera, chociaż to ja rozdaję przecież karty. Wszystko, to był mój świadomy wybór. "i cała ziemia skurczyła się do jednego miejsca zapadłego na objętość człowieka" [J. Przyboś] Ten człowiek musi być jednak wart całej ziemi. *** Mogę cię wyzwać, opluć, poniżyć, paznokciami brodzić w twojej krwi, oszpecić. Mogę cię zrównać z błotem i zasypać piachem. Ale po co. Nawet tego nie jesteś dla mnie wart. :) *** Po środach przychodzą piątki. Nie ma czasu na czwartki, kto by myślał o dniu przed. Piątek.. Dziewczęta wkładają czerwone koronki. Bo tak przyjemnie opinają się na ich ciele, po pierwsze. W domyśle, że może ktoś je dziś z nich zdejmie. Albo chociaż będzie podziwiać jak dopasowują się do jasnej skóry ich pleców. Tuszują rzęsy pod kąt, specjalny, dzisiaj piątek. Drugą ręką dopijają procentowe gerjfruty i gaszą papierosa. Niewinność przychodzi im jak coś naturalnego, wrodzonego, choć przecież jeszcze we wtorek emanowały wulgarnością. Ale we wtorki nie chodzi się od tak do łóżka. Lubisz ciemne zakątki naszego miasta? Ten niepewny uśmiech dodaje im skromności, chociaż rozsadza je przekonanie że jedno spojrzenie może zmiażdżyć wszystko. Albo zgarnąć. Wszystko. Gdybyś miał wątpliwości, ich rumieńce nie są darem od matki natury. To złudzenie, któremu dają się manipulować twoje oczy. Wydaje ci się, że będziesz musiał je potem jakoś spławić. Lepiej pilnuj, żeby w pośpiechu, po angielsku opuszczając punkt zero, nie zabrały tych satynowych bokserek z Garfieldem, są, jak sądzisz, rzadkie. Może za mało mężczyzn widziałeś bez spodni. W piątek. Nazywają to feminizmem, ale nie takim, jak myślisz. Jest ukryty, pełen zawiści i zemsty, jest grą, w której jesteś pionkiem, a one mogą się sprawdzić. Nie pytaj co robią w sobotę, przy śniadaniu w samo południe. Podliczenia, statystyki, uzupełnienie archiwów, wymiana doświadczeń [raczej nie- nowych, a- z nowymi obiektami, bo, nie dodawaj sobie, nie jesteś wyjątkowy]. Im, oczywiście, smakuje co jedzą, bez względu na to jak bardzo się poniżyłeś w nocy. Wyćwiczyły do perfekcji sztukę spożywania zalewanego dzikim śmiechem. Dobrze zrobisz nie pokazując im się na oczy. Przynajmniej do przyszłego piątku. Twoje rumieńce będą przekleństwem od ojca niewypału. [Jest takie miejsce na ziemi, gdzie każdy dzień jest od południa sobotą, od wieczora piątkiem. Jest naszym wspólnie zbudowanym królestwem, gdzie nie walczymy na noże. To wojna na siłę woli i spryt. Nie pozwolimy wam z nami wygrać w tym królestwie. Możecie z nami walczyć na innym terenie.] [Ona nie jest wszystkimi, ty też nie jesteś każdy. Jest pełno udawanych, podrobionych, tandetnych. Możesz też tam szukać. Wolna wola. Ale. Jak tylko wygrasz naszą walkę przekonasz się, że nic lepszego niż ona nie mogło ci się trafić] *** Name: Komentarze: 30.03.2007 :: 09:33 :: 212.122.214.1 24.03.2007 :: 10:35 :: 212.2.99.40 21.03.2007 :: 22:15 :: 83.17.234.138 18.03.2007 :: 14:01 :: 83.4.34.48 14.03.2007 :: 16:08 :: 80.53.70.34 12.03.2007 :: 21:13 :: 83.8.220.70 21.02.2007 :: 23:07 :: 84.10.193.204 18.02.2007 :: 13:37 :: 83.8.102.60 |