I już odróżniam barwy twojego głosu, znam zbyt wiele wyrazów twojej twarzy. Wiem co to znaczy, kiedy patrzysz w przestrzeń i nic nie mówisz na pożegnanie.
Długość jednego papierosa to za mało, żeby odwrócić się i zapomnieć. A jaki sens zmywać zapach twojej skóry, jeżeli on wciąż powraca?
Zaszalało morze pod niebem, zlało się nagle w jedną całość. Zawróciły ptaki z południa, usiadły na dachu domu bez okien, domu bez ścian. Biegnę pod słońce i nic nie widzę, jak odtrąca mą rękę i twarz jej w kałuży swoimi łzami maluje.
Wiatr zawiał jesiennie kiedy Bóg zamknął drzwi, kiedy Bóg zamknął okno.
Boże, nie udawaj, bo stanęła ziemia, czułam, jak tylko drżały mi palce pod ciężarem zarzekań, że to nie jest dobra droga. I ktoś trzasnął marzeniem, bo albo żyć, albo marzyć, a ja na to pluję, choć nie umiem, to z gracją.
A na koniec, na smacznego, przeklnę (ciebie, was i nas pod kołdrą).