Las spłonął. Las. W miejscu, w którym stałeś. Zapaliły się wszystkie igły pod twoimi stopami. Rozumiem, że można nie widzieć lodu, w który się obrasta, ale nie czuć palącego ognia gwiazdy, prosto z twoich ust...
To było chwilę przed tym jak zgasiłeś mi na ręce wszystkie słowa prawdy o nas. I przestałam siebie winić, z czystym sumieniem zamknęłam na ciebie oczy.
Gdyby na czas mi ktoś powiedział, że ty krzyczysz do środka. I że to nie brzmi tak, jak chciałam.
Powiedz mi tylko cztery słowa o ludziach.
O tych, którzy przestraszeni nie podnoszą wzroku kiedy ktoś inny w autobusie ściąga ich na siłę swoim spojrzeniem.
Czy są czegokolwiek warci?
O tych, którzy mijają się na ulicy i odwracają za siebie w NIE tym samym momencie.
Czy rozminęli się z przeznaczeniem?
O mnie, która ciągłą tęsknotę za tym samym zamieniłam na brak czasu i za krótkie wieczory.
Wszyscy jesteśmy tacy sami?
Wyślizguje się krzesło spode mnie. Drętwieją stopy. Jasność jest chwiejna w pełni księżyca, ty znów nie masz imienia.
Jest nas zbyt wiele na ziemi by starczyło ciebie dla wszystkich. Ja jedna sama do szczęścia ciebie całego pragnąć się ośmielam.
Bo ktoś otworzył swoje drzwi przed tobą o sekundę za wcześnie, toteż szukam troche gdzie indziej miejsca, na wpół pogodzona z okrutnie gorzką prawdą życia.
A już myślałam, że nie błądzę.