To już setki były nocy myśli i tęsknoty, ocierania się o szczęście a potem jego plecy. To ucieczka przed czasem i błędy na siłę, to walka.
Koniec farsy bez finiszu, jak cios prosto w brzuch, kiedy zwijasz się bo dusi cię w środku. Ostatecznego dotyku skąpiła ziemia moim zbolałym stopom.
Stawiałam pomnik dla wspomnień (zapomnień na wieczną pamiątkę) by odwrócić się spokojnie i pójść w nowo-starą ciszę lat ubiegłych, z nadzieją tylko świeższą i odwagą trochę większą.
Tam już czekała na mnie ręka, której moje serce chwycić się nie dało, bo zabliźniał się dźwięk tamtego imienia, za powolnie i boleśnie i dziwnie nienaturalnie wbrew wszystkiemu.
Lecz kiedy na rany świeże spłynąć miał aloes ust prawie pierwszych, ziemia zawróciła bieg, mnie na tor właściwy, Ciebie na tor jedyny.
W środku nocy przezimnej zawiał wiatr ciepły z północy, skądś spłynęły na mnie słowa z tych marzeń najśmielszych (po ciemku), zanikły wszelkie rany i niepokój wieczny, w jedną noc ktoś zbudował mi na nowo ziemię, którą wcześniej sam zdeptał.
***
Chciałabym to szczęście z siebie dawać częściej bo we mnie wezbrało po brzegi, przelewa się na twarzy czy w słowie.
Przeżywam pierwszą wiosnę w swoim życiu po zimie stulecia. I wciąż nie mogę uwierzyć że to się stało (że mogłam żyć wcześniej jak żyłam).