Pamiętam jak wiosna zeszłego roku pachniała Thomem.
Lubię to wspomnienie do dziś, nieważne jak drażniło mi nozdrza.
Szukam mężczyzny, który będzie pachniał wiosną. Zawsze.
***
Najpiękniejszy prezent na urodziny to miłość. Mojego życia.
Help, I have done it, again
I, have been here many times before
Hurt myself again today
And, the worst part is there's no one else to blame
Be my friend
Hold me, wrap me up
Unfold me, I am small and needy
Warm me up and breathe me
Ouch, I have lost myself again
Lost, myself and I am nowhere to be found
Yeah. I think that I might break
Lost myself again and, I feel unsafe.
***
Jednocześnie, wyślizguje się z twoich objęć, uciekam chcąc nas zniszczyć i trzymam się kurczowo uwieszona ci na szyi, zadam jedno z niechcianych pytań, nie odpowiadaj tylko mów do mnie cicho, ciszej, niech nas dzisiaj nie słyszą.
***
Setki ludzi, tysiące, miliony. Przychodzą, odchodzą, mijają mnie wolniej czy szybciej. Niekiedy coś mówią, niekiedy już nawet słów nie trzeba (bo droga którą prowadzę ci rękę to najlepiej znana mapa na świecie). Każdy jeden, pojedynczo, drobnym gestem, wciąż malują nową jakość. Chce ich obraz zatrzymywać na stałe, jakby to miało mi przyświecać całe życie. A jednak biorę i wymazuję, bo wiem dokładnie jak ten obraz ma wyglądać. (I zostaje mi tylko niesmak w ustach).
***
Powiem prawdę, sama nie wiem, prawdę na tę chwilę może.
Bardziej (choć powiedziane było, że już nigdy wcale) burzysz mi mur obronny postawiony skrupulatnie mimo sił braku i konfliktu z sercem. Wiem doskonale, że wzajemnie na zmianę wyrzucamy się ze swojego życia, maskujemy wspólność, naszość, bliskość, a wzrok odwracamy z niesmakiem na dźwięk swojego imienia. A kiedy bezczelnie łamiesz zasady gry, przychodzisz topiąc mi lód na policzkach w chwili pokornej przerwy, którą sam wyznaczyłeś. Mnie zgina ból w podbrzuszu i ściszane łkanie.
Robiąc z siebie tanią szopkę na Boskiej ziemi.
Może tylko po to by wciąż zaciekle udawać, że nic zupełnie nie ma w tej wąskiej przestrzeni między naszymi ciałami we śnie.
I już odróżniam barwy twojego głosu, znam zbyt wiele wyrazów twojej twarzy. Wiem co to znaczy, kiedy patrzysz w przestrzeń i nic nie mówisz na pożegnanie.
Długość jednego papierosa to za mało, żeby odwrócić się i zapomnieć. A jaki sens zmywać zapach twojej skóry, jeżeli on wciąż powraca?
Zaszalało morze pod niebem, zlało się nagle w jedną całość. Zawróciły ptaki z południa, usiadły na dachu domu bez okien, domu bez ścian. Biegnę pod słońce i nic nie widzę, jak odtrąca mą rękę i twarz jej w kałuży swoimi łzami maluje.
Wiatr zawiał jesiennie kiedy Bóg zamknął drzwi, kiedy Bóg zamknął okno.
Boże, nie udawaj, bo stanęła ziemia, czułam, jak tylko drżały mi palce pod ciężarem zarzekań, że to nie jest dobra droga. I ktoś trzasnął marzeniem, bo albo żyć, albo marzyć, a ja na to pluję, choć nie umiem, to z gracją.
A na koniec, na smacznego, przeklnę (ciebie, was i nas pod kołdrą).
Pękła ziemia od drgań. Obsunęła mi się stopa, spada w dół, noga, ręka, oczy. Zamknęłam, żeby się nie bać.
Zaraz przysłonią mi resztki słońca, nie chce być przy tym. Mam zacząć szukać miliona barw stu kolorów szczęścia na samym dnie piekła ze związanymi rękoma. Ułamkami sekundy jeszcze się cieszę, ale zegar tyka głośny, wrednie naprowadza na koniec tej zabawy.
Wszystkie przypadki, które miały tu miejsce. Niezliczone już chwile wzruszenia, śmiechu i łez. Tego nie było od teraz. Od teraz przeszłość jest pusta, jak wywabiona plama, na honorze, ujma.
W stanie pełnej gotowości. Zaraz, za drzwiami, wznieci się pożar, ktoś otrze się o śmierć duchową, ja przejdę obojętnie, nie mogę tego zauważyć.
Pysznię się bo wiem czego chcę. I może jest to przekleństwo, bo nigdy nie będzie mi dane się tym cieszyć, ale. Mam siebie, mam najwięcej ile tylko można.
Nie płacze się nad zachodzącym słońcem, a z utęsknieniem (bądź nienawiścią) wypatruje poranka. Ja kocham świtanie i poranny chłód drażniący skórę. Krajobrazy, których mimo największego wysiłku nie ogarniam w ich ogromie i prostocie. Życie samo w sobie i przypadki chodzące po ludziach.
Chcę tylko tego punktu zaczepienia na następny czas zagadek, który na fali pomiędzy zapaściami niesie wyżej i wyżej.