Przepraszam, że nie rozmawiamy. Chociaż lecą godziny, dni, miesiące. Kiedy skrawki czasu jaki mamy dla siebie wypełnione są czczymi słowami, bezproduktywnym oglądaniem telewizji, uciekaniem przed samym sobą.
Dziękuję, że i tak jesteś, masz swoje stałe miejsce, że wciąż je zajmujesz. Że wypełniasz mi tą cząstkę życia, którą w sobie usilnie niszczę. Że nie potrzebujesz setek słów i zapewnień, bo rozumiesz, nie jak inni.
Proszę, siedź przy mnie nie zważając na słowa. Bądź moim jedynym oparciem nawet jeśli zdaje się, że twardo stoję. Kiedy ocieram łzy za plecami, udawaj, że nie widzisz, ale stój tam, póki nie dojdę do siebie.
***
W ciągu doby tyle jest innych godzin. Przebiegają tak różnie od siebie i niepoukładanie. Strumień skrajnych emocji, tygodniami, wszystko zlewa się w jedno- płynie. Płytkie to takie i bezbarwne. Bo ze wszystkiego naraz rodzi się nic wielkie, jest ścianą do podparcia i osłoną od deszczu czy słońca. Ucieczką od prawdy i potrzebą kłamstwa. Mając wybór między dobrem a złem nic nie wybierasz i stoisz tam, gdzie stałeś, chodź dzieje się tak wiele, aż wydaje ci się, że pędzisz.
Martyna, skarbie, jesteś nigdzie.
Długofalowe działania powinny przynosić pożądany efekt. O to tylko chodzi.
Wiedziałam, że kiedyś mnie zdradzisz, na chwilę się zapomnisz i odstawisz mnie na półkę. Na jedną tylko noc póki nie wrócę, przez przypadek znowu nie wyląduję w twoim łóżku. Generujesz we mnie emocje, choć tak bardzo starasz się nie mieć z nimi nic wspólnego. A najgorsze jest to, że nie mam do tych rzeczy prawa. Nie wolno mi nic wymagać.
Stań tu obok i może mi powiesz, czego ja tak naprawdę chcę? Skoro przecież nie wierzę w miłość i prawdziwe szczęście u boku drugiej osoby. Co mi właśnie zastępuje tan brak? Co sprawia, że choć na chwilę jest mi dobrze tak jak jest?
Więc dlaczego do cholery mam z tego rezygnować?
Zadzwoniłeś i nie pytałeś, jakby rzeczy przyziemne nie miały żadnego znaczenia.
Jakbyś chciał mi świat przewrócić do góry nogami a potem mnie w poziom dla większej nierównowagi.
Zachłysnęłam się nadzieją bo pomyślałam, że to spełniający się sen z wieczornych marzeń. Dałeś mi znowu ten sam kawałek, który choć smaczny staje mi w gardle i aż chcę cofnąć wszystko do początku.
Godzę się na to by podeprzeć ci spadającą głowę kiedy tracisz kontrolę nad prędkością światła, chociaż wiem, że nie poniesiesz mnie za to na rękach w stronę wmówionego szczęścia. Zepchniesz mnie swoim ciężarem prędzej czy później między inne niedokończone czy chore historie, a mimo to tu stoję przyzwyczajona do swojej roli, którą kocham, której tak sobie współczuję...
Myślałam, że znowu to będzie czas najczystszej przyjemności i niewinnych wybryków, ale to coś tak nieplanowane i coś innego tak niespodziewanego.
Dlaczego zacząłeś zostawać do rana? W nocy nie wypuszczasz mnie ze swoich objęć. Pozwalasz żebyśmy oddychali jednocześnie, próbując zasnąć mimo tego, że ta bliskość nas miażdży.
Ja już widziałam światełko w tunelu, już wydostawałam się najbezpieczniej a ty znów mnie do siebie przykułeś.
I chyba stąd to wszystko i przez tę chwilę słabości, która może potrwać trochę dłużej.
Chcę byś przychodził i karmił mnie i poił jak wczoraj. Dawał mi wygrywać, kiedy tak bardzo tego potrzebuję. Kiedy świat dla mnie zmierzcha i zachodzi za horyzont moja chęć do życia. Zamykają przede mną wszystkie drogi i targa mną strach, że to wszystko stracę. Jestem na skraju, u granic wytrzymałości, sama tego nie przejdę a tylko ciebie tak blisko siebie mogę puścić.
Niepotrzebnie trzymałeś mnie znowu za ręce. Niepotrzebnie splatasz z moimi swoje palce. Niepotrzebna twoja bliskość na dobranoc. Wszystko się scala. Scala nas czas.
Scala nas czas.