09.02.2007 :: 07:56
relatywny nihilizm

Biegam po mieszkaniu, nie moim, tak lubię, zaparzam sobie kawę, ze śmietanką, tak lubię, a zaraz ucieknę na balkon podtruć się troszkę, tak lubię. I nie ide na razie do szkoły bo nie chcę! :)


Łączmy się w pary, kochajmy się!


I zgodnie z tym hasłem połączę się dziś w parę z moim ulubionym singlem wieku... późniejszego ;) Mój ulubiony singiel wieku mojego zdał na prawo jazdy za pierwszym razem, więc myślę, że nasza wspólna doskonałość świadczy, że jesteśmy idealnie dobrane!


Mieszkają u mnie Bunia z Dziaduniem i musze powiedzieć, że cieplej jest w domu. Mogliby już tu zostać. Łączmy się w pary, kochajmy się!


Ale, ale, cała ta wesoła otoczka nie zmienia faktu, że brzydzę się życiem. Gorzej, nie mając zbyt kuszącego wyboru kontynuuję swój los. Nie, żebym sobie nie radziła. Czasami coś mnie tylko zwala z nóg, niespodziewanie.


Bo przełomy w życiu następują niezauważalnie. Wnikliwi obserwatorzy zauważą skrawek zmian, sam zainteresowany rzadko w pełni świadom jest tego procesu.


Czcze, puste słowa. Surowe, oficjalne, ale moje.


Wczoraj, już właściwie przedwczoraj. Umarł Ktoś, a w tym Kimś umarł jeszcze Ktoś i Ktoś, Kto pozostał, też jakby nieżywy już, bardziej nie ma Go, niż jest. Wszystkim napisałabym na pół godziny przed śmiercią najpiękniejszy scenariusz życia, więcej, możliwie zupełnie realny. Suche fakty, ogromna bariera przed przyjęciem do świadomości prawdy. Strach przed myśleniem.


W moim pokoju panuje nihilizm, unosi się w powietrzu, bittersweet, wsiąkłam w to. Czasami wpadnie Babunia czy ktoś, posprząta co jest w stanie, i nawet panuje pozorne wrażenie, że nie ma tu żadnego burdelu. Pozornie, bo nihilizm opuszcza ściany tego pomieszczenia, rozlewa się na ulice, zaleje miejsca publiczne, nasączy moje słowa, trafi do cudzych myśli.


Nie chce widzieć tego co widzę i myśleć tylu rzeczy. A nie mogę przestać, bo po prostu nie zależy ode mnie. Choć i tak nie jest tak strasznie żeby przełączyć się w stan malkontenctwa, narzekań, bo brzydzę się bezczynnością i marudzeniem niezmiernie.


Następują czasem takie momenty, nagły wybuch energii, euforii i pojednanie z przestrzenią. Nieopisana i nieuzasadniona radość. I to jest właśnie ten ułamek sekundy, o który chodzi.


I nienawidzę ludzi słabych. To jest jak fobia i trzymam się od nich z daleka.

Komentuj (4)



14.02.2007 :: 16:27
mów mi Walentyno

Nie to żeby "I'm killing time on valentines", po porstu to jest mój taki kwiatek.


Miałam go kiedyś komuś puścić i to miało być właśnie to coś, ten moment przełomowy


Bo wydawało mi się, że dla nas to jest takie jasne i będzie idealne. Teraz to ja już nie wiem co to było. I nie wiem co to teraz jest.


I wanna be much more like you


Your effortlessly graceful scene


That drips from every pore of you


Where logic cannot intervene


I wanna take a bath with you


And wash the chaos from my skin


I wanna fall in love with you


So how do we begin ?


I wanna be a girl like you


The way you swing your hips in jeans


I wanna wear my face like you


Shisheido, MAC and Maybelline


I wanna paint the town with you


And tickle you until you scream


 I wanna fall in love with you


I wanna say: I do


I wanna be much more like you


 The way you smile lights up the room


 I'll kick back and then flirt with you


Till jealousy I'll stay in you


This confindence in me and you


This hope in you and I will bloom


I wanna fall in love with you


 I wanna say: I do


I wanna say: I do


 I wanna say: I do


I wanna say: I do


I wanna say: I do


 


The question is : do you?

Komentuj (3)



18.02.2007 :: 10:32
I'm singing for money that burns in my hand

Godzina 18.30, środa, najwyższa pora. Wbiegam na górę, prysznic, korek, wrzątek. Jeszcze tylko szklanka z kuchni, kartki z pokoju. Moja muzyka, nie moje zapiski.


Można się delikatnie zanurzyć. Boli. Nie parzy, pali skórę. Ale czy nie jest tak zawsze na początku? Czy przynajmniej nie powinno tak być?


Jak już zatopię się po czubek głowy nie boli, jest przyjemnie. Błogo. Tak jak uwielbiam.


Na początku zawsze trzeba się trochę sparzyć, stopniowo stygnie i osiąga temperaturę idealną.


Jeśli takowa jest już na samym początku, po czasie idzie zmarznąć, choćby nie wiem jak szerokie miał ramiona.


 Zaparowały okna, lustra, po płytkach ciekną wodne łezki.


Biorę kartki w ręce.


"...Pewnego dnia obudzisz się i jego już nie będzie w Twoim łóżku. Z pamięci powoli zacznie znikać jego podbródek, nos i kolor oczu. Zaczniesz szukać kogoś nowego rozglądając się za tymi samymi cechami. Później nie będziesz już wiedzieć, czego szukałaś. Będziesz czuć tylko bezsens i pociąg co sekundę uderzający w Twój kręgosłup. Ból będzie polegać na tym, że nigdy nie upadniesz. Zupełnie jak prometejska wątroba. Zbiegi okoliczności zaczną przeplatać się z przeznaczeniem. Zgubisz drogę..."


 Wszystko paruje, kartki wyginają się od wilgoci, gorący oddech chłodzą złote zimne bąbelki.


 Moja z nim intymna rozmowa, jego do mnie słowa, w mojej intymności. Zaprosiłam go tak dzisiaj przypadkiem. To przez Martę.


Nie ważne, jak ma na imię, nie obchodzi mnie czy chciał. Jeżeli jednak się takie rzeczy gdzieś pisze, trzeba się z tym liczyć. Publiczna publikacja grozi wszystkimi możliwymi konsekwencjami.


 Rozpalone ramiona potraktowane zimnym oddechem, gęsia skórka. Cieknie mi pot po czole i już nie mam dłużej ochoty. Dotykam głową dna, odbijam się i wyskakuję. Ta zabawa przestała być dla mnie. Jak wszystko dotychczas.


 "...Nie mam od czego uciekać, a jednak zdarza się chcieć. Z drugiej strony nawet nie mam dokąd. Czyjaś obecność i ciało nie zawsze powoduje zaspokojenie. Należałoby wchodzić głębiej, ale kto to potrafi. Wszyscy wokół mówią, że świat ma wiele barw. Nigdy nie potrafiłem w to uwierzyć. Od zawsze miałem problemy z samymi skrajnościami. Czy to w sprawach ducha, czy psychiki. Wszystko wygląda tak samo. Najwidoczniej jestem towarem z dolnej półki, pełnym ubytków. Wcale mnie to nie dziwi. Taka wybredna zrzęda z ubiegłorocznej promocji, której nikt nie chce kupić. Przyklejone coraz to niższe ceny psują moje i tak już sfatygowane i wyblakłe opakowanie, dlatego nie wzbudzam już zainteresowania klientów. Przechodzi się obok mnie obojętnie, a ja coraz częściej nie mam nic do powiedzenia. Same brednie..."


A ja już sobie tylko śpiewam, a może obiecuje, "change your taste in man"


Ale przecież, jednocześnie, trzeba wtedy zmienić wszystko.


Warto? Nienawidzę tych momentów, niekontrolowanych, jak nagła pobudka dziś rano, jak cholerne twarze i dotyk odczuwalny przez sen. Jak zazdrość, która mnie pożera, chociaż to ja rozdaję przecież karty. Wszystko, to był mój świadomy wybór.


"i cała ziemia skurczyła się do jednego miejsca zapadłego na objętość człowieka" [J. Przyboś]


Ten człowiek musi być jednak wart całej ziemi.


***


 Mogę cię wyzwać, opluć, poniżyć, paznokciami brodzić w twojej krwi, oszpecić. Mogę cię zrównać z błotem i zasypać piachem. Ale po co. Nawet tego nie jesteś dla mnie wart. :)


 ***


Po środach przychodzą piątki. Nie ma czasu na czwartki, kto by myślał o dniu przed. Piątek..


Dziewczęta wkładają czerwone koronki. Bo tak przyjemnie opinają się na ich ciele, po pierwsze. W domyśle, że może ktoś je dziś z nich zdejmie. Albo chociaż będzie podziwiać jak dopasowują się do jasnej skóry ich pleców. Tuszują rzęsy pod kąt, specjalny, dzisiaj piątek. Drugą ręką dopijają procentowe gerjfruty i gaszą papierosa. Niewinność przychodzi im jak coś naturalnego, wrodzonego, choć przecież jeszcze we wtorek emanowały wulgarnością. Ale we wtorki nie chodzi się od tak do łóżka.


Lubisz ciemne zakątki naszego miasta?


 Ten niepewny uśmiech dodaje im skromności, chociaż rozsadza je przekonanie że jedno spojrzenie może zmiażdżyć wszystko. Albo zgarnąć. Wszystko.


Gdybyś miał wątpliwości, ich rumieńce nie są darem od matki natury. To złudzenie, któremu dają się manipulować twoje oczy.


 Wydaje ci się, że będziesz musiał je potem jakoś spławić. Lepiej pilnuj, żeby w pośpiechu, po angielsku opuszczając punkt zero, nie zabrały tych satynowych bokserek z Garfieldem, są, jak sądzisz, rzadkie. Może za mało mężczyzn widziałeś bez spodni. W piątek.


Nazywają to feminizmem, ale nie takim, jak myślisz. Jest ukryty, pełen zawiści i zemsty, jest grą, w której jesteś pionkiem, a one mogą się sprawdzić.


Nie pytaj co robią w sobotę, przy śniadaniu w samo południe. Podliczenia, statystyki, uzupełnienie archiwów, wymiana doświadczeń [raczej nie- nowych, a- z nowymi obiektami, bo, nie dodawaj sobie, nie jesteś wyjątkowy]. Im, oczywiście, smakuje co jedzą, bez względu na to jak bardzo się poniżyłeś w nocy. Wyćwiczyły do perfekcji sztukę spożywania zalewanego dzikim śmiechem. Dobrze zrobisz nie pokazując im się na oczy. Przynajmniej do przyszłego piątku. Twoje rumieńce będą przekleństwem od ojca niewypału.


[Jest takie miejsce na ziemi, gdzie każdy dzień jest od południa sobotą, od wieczora piątkiem. Jest naszym wspólnie zbudowanym królestwem, gdzie nie walczymy na noże. To wojna na siłę woli i spryt. Nie pozwolimy wam z nami wygrać w tym królestwie. Możecie z nami walczyć na innym terenie.]


[Ona nie jest wszystkimi, ty też nie jesteś każdy. Jest pełno udawanych, podrobionych, tandetnych. Możesz też tam szukać. Wolna wola. Ale. Jak tylko wygrasz naszą walkę przekonasz się, że nic lepszego niż ona nie mogło ci się trafić]


***


I'm dancing for dollars
And for a fancy man

Komentuj (8)





Layout wykonała Panna Komercyjna dla Layout4you
Zdjęcia pochodza z Deviantartu
[Księga gości]

[Linki]
Krecio - fotolog

Aguuuurrrr

Siostra Olgu Ma

Pacynuś

Mareczek

Loris

Borsuk

Wujek Jacek

te dwa gołąbeczki
2008
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik