Luksus władzy jest najdroższym, kiedy kosztuje cię własne zasady życiowe. Nagle jest się panem sytuacji i królem swojego życia tylko po to, by z radości tryumfu wzniecić wojnę samej sobie. Ten kurewsko najpiękniejszy kamień, którego nie można posiadać za życia, nie dany nikomu, kusi coraz jaśniej nad prawdą bez Boga. Więc wmawia sobie głowa nabrzmiała emocją, że warto każdej ceny, jeśli płacisz zdradą samego siebie i narzędzia swojego sukcesu.
Nie zaprzestaje się niezakłóconego szczęścia aby mieć mniej, tak niby. A to jasno jak słońce nad zakurzonym polem bitwy, nic nie przyniesie prócz ekscytacji wyśnionej i jakże tak samo ulotnej. Ale kto się przed tym wzbroni, jeśli ten brak pokory doprowadził do nowopowstania królestwa wyśnionego w godzinach bólu i prawdziwej porażki.
Potem zbierać będziemy ciała niewinnych ludzi, narzędzi moich namiętności rozbryzgane bez celu głębi, aż ktoś zapyta gdzie głupiec, który porwał się na słońce, a wskażą mu poćwiartowane na setki tysięcy połówek, brudne i oplute części moje ze mnie wyjęte.
***
Ktoś karał za to, czego jeszcze nie było w planach i spuścił gilotynę wzdłuż przez moją głowę ku ziemi matce skarconej, by mi ulżyć podobno. Czyje to ręce, czyja szyja nie wiem, jest mnie dwie, tak dużo, za dużo, potrzeby. Mam dwoje oczu każde w inną stronę jak uszy nastawione na dźwięki odmienne. Próbuję się do jednego zebrać bo wykrwawi mi z ust się zbyt wiele, by wrócić, ale wciąż nie wiem na którą stronę wracać, serca szukać, całego bo wie jak dobrze ustawić znowu na tor bieg wydarzeń.
Niby ktoś coś szeptał, ale tak niesłyszalnie dla źrenicy ucha mojego, że otarło się to o bladą ścianę za mną i tak dryf szeptu przerwał kawał betonu.
Cały pokój wypełnił się zapachem seksu. W oka mgnieniu wszystkie dokumenty świeżo napoczęte porządkiem popłynęły w róg, i już miały zmazę grzechu spomiędzy palców moich. Za chciwość powinni nas ich pozbawić. I ust też, bo zbyt soczyste są i miękkie, jak więc mają pościć ci tamci zza ściany, otóż nie.
Teraz już nie jest tak łatwo, odgiął mi się kręgosłup w kształt przyjemności, lecz czy uniesienia, nie jeszcze, nie pora, więc. Zakradam się do serca mężczyzny ze stali, ma oczy diabła gdy spala się we mnie, a ręce i twarz są jak dziecka gdy ciepłego i miękkiego kawałka skóry mu trzeba by spocząć.
Na każdym skrawku pościeli jest coś po nas, zostało, choćby to odcisk palca w połowie, to jednak noc nasza i cisza nasza. I dzikość nasza i dobra nasza. Mówili.
Ślady stóp? Tych nie ma, bośmy się na skrzydłach zapomnieli ekscytacji i tyle.
Jak deszcz przeminął. Nie ten co teraz, a ten letni, nagle, z chmury żadnej, szybko i mocno i z całą siłą natarcia, do suchej nitki się wedrze i znika.
czym pachniały skały
gdy płomień twój wytrwały
gnał szybko wprost na me góry
czy smak lasu miały
czy kolor ich dojrzały
i rzeki czy nagle wezbrały
galopował zawzięcie
twój niszczyciel bydlęcie
by tylko dopaść szczeliny
aż tu nagłe wtargnięcie
i poczułam objęcie
gorące szło wgłąb doliny